motocykl

Obywatel Yuby

O Mariuszu Palichlebie (Yuby) krąży w środowisku wiele legend. Najbardziej znana to ta, że przycierał ludziom slidery na zamówienie. Inna to ta, że zakochała się w nim Kinga Rusin. Prawdziwa historia Yubego zaczyna się nieco mniej oryginalnie. Od początku towarzyszą jej opary motocyklowych spalin.

– Dziewczyny, czy Wydawnictwo Buk Rower chciałoby zostać moim patronem medialnym? Bo jako Pin Up Racing Team będę się ścigał w Motoyoungtimer Cup.
Takie dwa zdania usłyszałyśmy od Yubego jakieś pół roku temu. Znamy się od kilku lat. Ale po jednej rozmowie w biurze na Stalowej poznałyśmy go na nowo.

Spotkanie z polonezem

Dzieckiem w kolebce będąc, wykazywał zainteresowanie jednośladami. Rodzina nie oponowała. Na komunię dostał od taty pierwszą motorynkę. Za pieniądze z roznoszenia ulotek kupił sobie MZ ETZ 150, którą pomykał po ulicach Warszawy. Zaliczył pierwszy szlif z udziałem nowego błękitno-białego poloneza komendanta policji na dolnym Mokotowie.

Choć na pierwszy motocykl z japońskiego zdarzenia musiał poczekać, to przyznaje, że cierpliwość mu się opłaciła. Prawo jazdy zrobił w czerwcu, a we wrześniu 1997 roku dostał od dziadka prawdziwego pożeracza kilometrów – Suzuki GS 500. Wszystko po to, żeby wnuczek miał czym dojeżdżać z domu do szkoły – niespełna cztery kilometry.
Wtedy zaczęły się przejażdżki z kolegami. Trasa Warszawa – Konstancin wydawała się wielką wyprawą. Przez dwa lata bujał się po opłotkach, a przyspieszanie do 100 km/h niemalże urywało mu głowę.
– Przekraczając gs-em 110 km/h czułem, że zaginam czasoprzestrzeń – mówi Mariusz. – Kiedyś wybrałem się z kumplami na Mazury. To była prawdziwa eskapada!

Niespełna trzysta kilometrów pokonali w osiem godzin. Zatrzymywali się co chwila – na żurek, na zapiekankę, by przedyskutować wystrój szoferki tira, który jechał na czołowe. Jeździli w dżinsach, glanach, rękawicach narciarskich i w tańszych modelach kasków.
– Te kaski były jak nocniki lub połówki arbuza. Gwałtowny ruch głową powodował zmianę jego położenia na głowie.

M jak Miłość

W 1999 roku zdecydował się porzucić swoją pierwszą japońską dziewczynę. Po maturze zaczął pracować i mógł sobie pozwolić na pierwszy kredyt. W jeździe trochę przeszkadzały mu małe dłonie, bo musiał przekładać rękę na rolgazie. Dlatego koledzy doradzili mu zakup v-ki. Ktoś pozwolił się przejechać Suzuki SV 650. To była miłość od pierwszego odkręcenia manetki i odkrycie na miarę jungowskiego archetypu: Mariusz nie lubi długo kręcić rolgazem. No i kupił najnowsze Suzuki SV650 S.
suzuki yuby'ego

Koledzy przesiadali się na inne motocykle. Jeden na Suzuki GSXF 600, potocznie zwanym imbrykiem, drugi na transalpa. Ktoś inny kupił Yamahę TRX 850. Yuby wsiadał na każdą z tych maszyn i sprawdzał, którą mu się jeździ lepiej.
– Yamaha TRX zrobiła na mnie wrażenie. Możliwość ustawienia zawieszenia, geometria, prowadzenie, hamulce, przyspieszenie, dźwięk – po prostu piękny motocykl. Pracował praktycznie tak samo jak v-ka – wspomina dziś.

yuby i yamaha

Pozostał jednak przy swojej sv-ce, którą wypuszczał się coraz dalej. Zaczęły się zloty motocyklowe. Najpierw był maj i zlot w Ostródzie, u Papy. Razem z kolegami wracał tam jesienią. Byli też w Nieborowie, a pewnego razu wybrali się nad morze – to był wyczyn.

Czeskie winkle

Suzuki SV 650 jeździł trzy lub cztery sezony, gdy stwierdził, że pora na motocykl litrowy. Zainwestował w Suzuki SV 1000. Egzemplarz był awaryjny, więc po trzech miesiącach go sprzedał i kupił Hondę VTR Firestorm. Kiedy trafiła w jego ręce, miała na liczniku 5000 kilometrów, gdy ją sprzedawał – 81.000. Jeździł przede wszystkim po Polsce. Zlot tu, zlot tam. O torze nie myślał. Po zakupie solidniejszego ubrania, butów i kasku, na tor brakowało pieniędzy.
Firestormem wybrał się po raz pierwszy za granicę.
– Wyruszyliśmy z kolegami na czeskie winkle – wspomina. – Jakość czeskich dróg była wówczas dużo lepsza od polskich. Równe jak stół, można było pozamykać opony. To właśnie w Czechach oczarowała mnie magia zakrętów.
Apetyt rósł w miarę jeżdżenia. Po Czechach były Węgry i Słowacja. Chciał zwiedzić też Ukrainę i Białoruś, ale wtedy nie znalazł chętnych na takie eskapady. Na Białorusi bez wizy nie było czego szukać. Zdecydował, że będzie jeździł tam, gdzie urzędnicy nie robią żadnych problemów. Miał plan, by wypuścić się do Chorwacji, jednak ta śródziemnomorska kraina musiała na niego poczekać.

____________

Powyższy tekst to pierwsza część podzielonej na cztery odcinki całości.
Mariusz “Yuby” Palichleb w 2014 roku wystartuje w Motoyoungtimer Cup w barwach Pin-Up Racing Team. Wydawnictwo Buk Rower jest patronem medialnym zawodnika. Inni patroni medialni to: Motoyoungtimer.pl, Forum Motocyklistów, Autokult.pl oraz Kulikowsko – Motocyklowa Szkoła Tomasza Kulika.

 

  1. Obywatel Yuby. cz.2.
  2. Obywatel Yuby. cz.3.
  3. Obywatel Yuby. cz. 4. – ostatnia.

Zostaw komentarz

Przewiń do góry